Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   95
                    



50. pierwszych randek to komedia romantyczna jakich wiele. Jest w niej para stereotypowych bohaterów, a postacie drugo- i trzecioplanowe skonstruowane są według schemtatu: jeden zabawny, drugi żałosny, trzeci ze śmiesznym akcentem, czwarty smutny, itd... O dziwo, postacie te wychodzą filmowi na plus - w przeciwieństwie do dwójki głównych bohaterów, którzy nie są ani śmieszni, ani romantyczni (Drew Barrymore i Adam Sandler).



Reżyserem filmu jest Peter Segal, a 50. pierwszych randek to następca Dwóch gniewnych ludzi, gdzie Sandler i Jack Nicholson na próżno usiłowali stworzyć zabawny duet. Tym razem reżyser wziął na warsztat scenariusz hollywoodzkiego debiutanta, a wyszła z tego nie najgorsza komedia romantyczna z dwójką najgorszych chyba gwiazdek Ameryki (cóż... różne są gusta).

SANDLER


Adam Sandler gra weterynarza, który zakochuje się w postaci Drew Barrymore. Oto kolejny chwyt Hollywood: para aktorów spotyka się na planie filmu, ktory zarabia mnóstwo pieniędzy, a ich duet podoba się ludziom. Wobec tego za kilka lat zapraszani są do wspólnego udziału w następnym filmie (jak Julia Roberts i Richard Gere lub Meg Ryan i Tom Hanks). Sandler i Barrymore spotkali się już na planie Od wesela do wesela. O ile ich pierwszy film miał kilka oryginalych pomysłów i ciekawa fabułę, o tyle fabuła 50 pierwszych randek jest naciągana jak bajka Disney'a. Może w życiu brakuje mi romantyzmu i dlatego zazdroszczę filmowym bohaterom, w których chłopak zdobywa dziewczynę na nowo każdego dnia, a może mam w życiu tego romantyzmu za wiele i z nudów krzywię się na widok spacerów w świetle księżyca i płytkich wyznań niewiarygodych aktorów, a może po prostu nie lubię banału. Cokolwiek to jest, wierzę jednak, ze trzynasto- i czternastolatki wyjdą z kina zadowolone.

BARRYMORE


Wracając do fabuły... Sandler to Henry Roth, który przed poznaniem Lucy Whitmore (Barrymore) wykorzystuje dziewczyny do jednorazowych randek, gdyż boi się angażować (skąd my to znamy? odp: z co drugiego amerykańskiego filmu). Henry i Lucy podobają się sobie i umawiają następnego dnia. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że dziewczyna cierpi na brak pamieci długotrwałej. Po przespanej nocy budzi się i nie ma zielonego pojęcia, co było wczoraj. Odrobinę dramaturgii dodaje temu sposób w jaki jej pamięć została naruszona - wypadek samochodowy. Lucy pamięta zatem wszystko, co zdarzyło się przed wypadkiem, a każdego ranka budzi się w przekonaniu, że dzisiejszy dzień to ten sprzed wypadku. Co więcej, ojciec i brat dziewczyny nie próbuja wyprowadzać jej z błędu. Codziennie rano podkładają pod drzwi gazetą z tamtego dnia i puszczają programy, jakie wtedy leciały. Tutaj na scene wchodzi Henry, który zafascynowany jest Lucy od momentu ujrzenia jej. Kiedy dowiaduje się o jej chorobie, postanawia zdobywać ją do skutku.
Film ten ma kilka niezłych momentów. Ładne hawajskie plenery cieszą oko, a dzięki postaciom drugoplanowym można się czasem uśmiechnąć. Ciekawostką jest, ze ogarniętego manią ćwiczeń, niziutkiego, zakompleksionego i dość obciachowego brata Lucy gra Sean Astin - pamiętny Sam Gamgee z Władcy Pierścieni! Facet jest kompletnie niemożliwy do rozpoznania - opalony na pomarańczowo i ubrany w siatkowaną podkoszulkę. Niewątpliwie przykro mi było widzieć go w takim filmie, ale trzeba przyznać, że jest najbardziej komediowym elementem komedii. Kroku dotrzymuje mu inna barwna postać trzecioplanowa - niejaka Alexa (aktorka o podejrzanym imieniu Lusia Strus). Alexa to stereotypowa Niemka - dość androgeniczna współpracowniczka Rotha. Co prawda robi mi się troszkę smutno kiedy widzę jak Amerykanie wyśmiewaja się z innych nacji, ale przynajmniej wiemy skąd się bierze ignorancja wiekszości mieszkańców ich kraju. Ciekawy jest też najlepszy przyjaciel Henry'ego - niejaki Ula (Rob Schneider).

ULA


Najgorszym błędem 50 pierwszych randek jest para głównych aktorów. Nie rozumiem skęd bierze się fenomen Sandlera. Nie jest on ani śmieszny, ani inteligentny. Drew Barrymore to złote dziecko Hollywood, które po debiucie (jako pięciolatka) w pamiętnym ET przekonała wszystkich, że umie grać i do dziś nikt nie podjął się wyprowadzenia jej z błędu.

SAM GAMGEE (Z LEWEJ)


Drew grać nie potrafi, czego dowodem jest jej dobór repertuaru - komedyjka za komedyjką. Od razu pragne przeprosić wszystkim fanów tej dwójki - rozumiem, że oboje mogą budzić sympatię. Zatem jeżeli ktoś jest fanem lekkiej rozrywki, ładnych widoków, Sandlera i Barrymore (koniecznie), lub jeśli ktoś jest trzynastoletnią dziewczynką - zapraszam do kin.


  Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   95