Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   91
                                     

Patryk "Yisrael" Stanik


Film, o którym napiszę, przechodzi prawie bez echa, bo mimo dużej kampanii promocyjnej i wspaniałym wręcz bohaterze (zdawało by się, że wymarzonym dla hollywoodzkich studiów) - nie wiadomo, o co chodzi.



Bohaterem tym jest nieśmiertelny już kot Garfield, bohater zabawnych komiksów i serii animowanej. Jakiś czas temu dowiedzieliśmy się o filmie pełnometrażowym, co więcej - tworzonym komputerowo, opartym na pomyśle o leniwym kocie. Film jest nakręcony niczym sławne "Kto wrobił Królika Rogera?", czyli jedyną animowaną postacią jest sam Garfield, zaś reszta, pożal siż Boże, aktorów - to istoty namacalne. Zdaje się, że w Hollywood zapanowała gorączka bohaterów komiksowych, a po sukcesie Spidermana scenarzyści Fabryki Snów łapali się za coraz to nowe pomysły. Dzięki tej nagonce na biednych, a jeszcze czasem ambitnych bohaterów komiksowych, mamy takie hańby kina jak Hellboy, Van Helsing, Daredevil - a teraz Garfield. Szczerze wyznam, że z tej czwórki najbardziej żal mi rudego kota, który swoje poczesne miejsce w komiksowym raju zajął nie ze względu na łapę w kształcie gruszki (vide PIekielny Chłopiec...) czy plucie pajęczyną, a ze względu na inteligencję, poczucie humoru i... miłość do lasagni.

NASZ ROZKOSZNY KOCUR


Zacznę od pozytywów, bo będzie krótko - jedynym dodatnim aspektem filmu pod tytułem Garfield: The Movie jest, paradokslanie niemal, sam Garfield. Kocur nie odbiega zbytnio od swojego pierwowzoru, choć oczywiście jego kształty tworzone w programach graficznych uległy zmianie. Samo nadanie trzech wymiarów tak kultowej jednostce wymaga odwagi i pomysłu, sądzę jednak, iż twórcy wybrnęli z kłopotu wyśmienicie, bo gruby kocur bawi. Co ważniejsze jednak, zachował on swoją inteligencję, lenistwo nawet - no i oczywiście, poczucie humoru. Głosu Garfieldowi użycza sam Bill Murray, który jest chyba jedyną osobą na naszym ziemskim globie, która mogłaby być człowieczym Garfieldem, a zatem wybór padł tyleż zaskakujacy co trafny.

HEWITT... BŁEEE!


Teraz będzie dłużej, bo minusy filmu. Na wstępie tego akapitu byłbym grzesznikiem, gdybym nie zaznaczył tak beznadziejnej gry aktorskiej, że aż samemu Świetemu Piotrowi przed niebiańską baramą toga się zwinęła. Jennifer Love Hewitt znowu dała nam dowód swojego beztalencia, ale także rozkosznego uśmiechu. Gra ona pani weterynarz naszego kociego rozbójnika, i to chyba wszystko co można powiedzieć o krecji pani Hewitt. Breckin Meyer - aktor popularny, co więcej, nawet całkiem niezły (dodajmy, że jak na standarty hollywoodzkie), a w Garfieldzie krewi, jakby był pierwszym lepszym statystą reklamującym maść na grzybicę.
Ani to zabawne, ani nawet smutne - ot, wyblakłe postaci. Na szczęście cała wina nie spada na ukochańców (i kochanice) mas, gdyż najpierw powinno się rozstrzelać scenarzystów. Film wygląda jakby był czyniony przez różne osoby - Garfield pozostaje stary i ten sam, całe otoczenie zaś wygląda mi na spisek albo wynik autyzmu tworców. Wstrząsająca fabuła Garfielda opiera się na przyprowadzeniu do domu nowego zwierza, psa wabiącego się Odie (Odie jest już psem żywym, nie stworzonym ciągiem zer i jedynek - wypada rownież in plus dla filmu - zwierzęta kolejny raz pokazały, że są lepsze od ludzi), zniknięciu tegoż psa, a później wyrwaniu z łap gościa co wyglada jak zły sen molestowanych dzieci. Nasz dzielny kocur na początku odrzuca nowa istotę w domu, jednak po jej zniknięciu zaczyna czuć wyrzuty, zatem leci co koń wyskoczy na ratunek... Oczywiście najpierw się porzaądnie najadajaąc i krzepiąc umysłowo (TV).

JOHN


No i co Wam więcej napisać, czego więcej potrzebujecie? To przykre, ale Garfield jest kolejną nieudaną superprodukcją, którymi Hollywood w ostatnich latach bombarduje już bezlistośnie cały trochę bardziej wysublimowany świat. Film Garfield: The Movie wygląda jak sen scenarzysty Lessie - zamiast przezabawnej komedii z kocurem, ktory ma rekord Guinessa (najwięcej na świecie różnego rodzaju gadżecików, breloczków, sof, plakatów, dlugopisów, medalionów i dużo, dużo więcej) dostaliśmy nie tylko odgrzany kotlet - dostaliśmy beznadziejnie głupi film bardziej ocierający się o bezsens Kła, głupotę Podaj łapę czy hańbę innych filmów, gdzie zwierzęta w roli głównej nie są okazją do zrobienia filmu ambitnego, a gdzie wykorzystuje się biedne cztero- i dwunogie stworzenia to uczynienia dzieł zupełnie światu niepotrzebnych.

ODIE


Pozostaje mieć nadzieję, że jeśli bedzie sequel twórcy pójda drogą Shyamalana z Batmana, czy Cuarona z Harryego Pottera. Bo ambitne kino z bohaterami popkultury robić się da i należy.


  Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   91