Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   90
                                     

Krzysztof "Voo" Wszołek


Na hasło „ekranizacja mitów arturiańskich” każdemu kino-maniakowi przychodzą do głowy przede wszystkim dwa filmu. Piękny EXCALIBUR Johna Boormana i prześmiewczy MONTHY PYTHON I ŚWIĘTY GRAAL. Oba, chociaż tak bardzo różne, korzystały jednak z tego samego tradycyjnego, ukształtowanego przez literaturę i inne dziedziny sztuki spojrzenia na losy legendarnego władcy. Dlatego też spore poruszenie powstało, gdy jakiś czas temu słynny hollywoodzki producent Jerry Bruckheimer zapowiedział zrealizowanie filmu opartego na „prawdziwej historii” Artura. Na dodatek reżyserię powierzono Antoine’owi Fuqua, specjaliście od kina akcji średnich lotów. Wyglądało to wszystko intrygująco, zwłaszcza, że troska o zgodność historyczną jest zazwyczaj ostatnią rzeczą jakiej należy spodziewać się po amerykańskich filmowcach...



Film zaczyna się od mocnego uderzenia, mogącego zwolenników tradycyjnego podejścia do mitów arturiańskich przyprawić o zawał serca. Po przeczytaniu tekstu informującego, że ostatnie odkrycia archeologiczne rzucają nowe światło na losy króla Artura przenosimy się do V wieku naszej ery. Znajdujemy się w małym obozie koczowniczych Sarmatów (tak, tych samych Sarmatów do których "przyszywała się" wiele wieków później polska szlachta), gdzieś na wschodnich rubieżach Cesarstwa Rzymskiego.

Artorius Castus a.k.a Artur...


W obozowisku trwa właśnie wielkie poruszenie. Oto kolejna grupa młodych mężczyzn, chłopców właściwie, musi podjąć 15-letnią służbę w armii rzymskiej. Wynika to z podpisanego przed laty rozejmu po przegranej przez Sarmatów wojnie. Grupa rekrutów trafia bardzo daleko od domu - do Brytanii. Tam dowództwo nad nimi obejmuje pół-Rzymianin, pół-Bryt Artorius Castus, zwany też po prostu Arturem. Przez 15 lat Sarmaci walczą u boku swego dowódcy z nacierającymi z północy Piktami, chroniąc zromanizowaną ludność. Artur to gorliwy chrześcijanin, człowiek światły, czuły na ludzką krzywdę i sprzeciwiający się niewolnictwu. Na temat swoich przekonań lubi zresztą wygłaszać płomienne tyrady. Dzicy Piktowie Artura nienawidzą, ale i podziwiają jednocześnie, uważając go za niezwyciężonego. Stary mędrzec przewodzący Piktom, zwany (siedzicie?) ...Merlinem, ma nawet wobec niego bardzo konkretne plany.
Pomysł z Sarmatami jest wbrew pozorom naprawdę dobry. Przede wszystkim pozwala w sensowny sposób wyjaśnić przewagę bojową żołnierzy Artura (zwanych w filmie, nie wiadomo dlaczego, "rycerzami"), ich umiejętności jeździeckie i łucznicze, w pewnym momencie bardzo zresztą ważne dla fabuły filmu. Poza tym pozwala na wprowadzenie wątku tęsknoty za dalekim domem. Sarmaci niecierpliwie wypatrują końca służby, jednocześnie żal im jednak porzucać kraj w którym spędzili prawie połowę życia. Ostateczną decyzję podejmą oczywiście dopiero w kluczowym momencie filmu. Sam Artur natomiast ma dosyć wojny i marzy o wyjeździe do Rzymu. Niestety twórcy filmu nie odważyli się do końca "iść na przekór" tradycji i już na tym etapie ten "zgodny z historycznymi faktami" film zaczyna wpadać w dołki wykopane przez scenarzystów. Zaledwie połowa drużyny wyglądem przywodzić może na myśl koczowniczych jeźdźców, używających broni podobnej do szabli oraz refleksyjnych łuków. Pozostali, na czele z Borsem granym przez Raya Winstona (pamiętny Will z kultowego serialu o Robin Hoodzie z lat 80-tych) aparycją prędzej skojarzą się widzowi z londyńskimi dokerami. Wszyscy zaś jak jeden mąż obyczaje mają zapożyczone chyba od Wikingów, chociaż nie mamy wątpliwości, że tak naprawdę są to dobre chłopaki. Jak wyglądali i czym walczyli Sarmaci mogliby rozstrzygnąć historycy - w filmie problematyczna dla widzów jest opisana przeze mnie niespójność. Poza tym wojacy Artura noszą, o zgrozo, znane z tradycji literackiej imiona. Mamy więc Lancelota, mamy Gawaina, Tristana, mamy i pozostałych. Nikłe jest moje pojęcie o Sarmatach, ale bawi mnie niezmiernie myśl, że zdaniem scenarzysty, w V wieku, urodzonemu w koczowniczym namiocie dziecku ktoś mógłby nadać imię Lancelot. Dajmy jednak spokój naszym sarmackim herosom i wróćmy do filmu.

Jestem Bors, a to pani Borsowa


Służba dobiega końca, ale zamiast oczekiwanego zwolnienia do domu Artur i jego ludzie dostają ostatnie zadanie. Muszą uratować mieszkającego z rodzicami na północ od muru Hadriana osobistego pupila papieża. Tereny te bowiem najechali nowi wrogowie - przybyli z kontynentu żądni krwi i łupów Sasi. Tylko patrzeć jak rzymska familia wpadnie w ich łapy. Trzeba się spieszyć bo słabnący Rzym przygotowuje się do wycofania z Brytanii. W tym miejscu znowu nasza "prawdziwa historia" potyka się o własne nogi. Wał Hadriana powstał w końcu po to, by oddzielić ziemie rzymskie od barbarzyńskiej północy i istnienie rzymskiego latyfundium na północ od niego to absurd. Poza tym Sasi nie musieli uderzać na Brytanię od strony dzisiejszej Szkocji i nie robili tego. Podbijali południe i wschód dzisiejszej Anglii gdzie w końcu założyli swoje trzy królestwa. W filmie co prawda nazwa muru nie pada ale wygląd fortyfikacji odgrywających kluczową rolę dla fabuły jasno wskazuje z czym należy je kojarzyć. Na szczęście nie musimy się nad tym w kinie zbyt długo zastanawiać bo oto przedstawieni zostają nam właśnie Sasi - tak bardzo straszliwi, że aż groteskowi. Tak groteskowi, że wspaniale wpisujący się w konwencje letniego kina przygodowego. Maszerujący w szyku, niosący pochodnie, walący w bębny, zdyscyplinowani przywodzą na myśl ...Wermacht. Wrażenie potęguje ich posępny wódz głoszący poglądy o niższości rasy celtyckiej. Misję Artura komplikuje fakt, że z rzymskiej posiadłości oprócz zleconego do uratowania chłopaka wywozi również gromadę dzieci i kobiet, w tym wyciągniętą z lochu piktyjską dziewczynę. Jest nią śliczna i bardzo szybko chętną do „bliższych kontaktów” Ginewra. W tym miejscu znowu nie mogę uniknąć dygresji - mamy w filmie Rzymian, mamy Brytów, mamy Piktów, mamy Sasów, mamy Sarmatów i wszyscy oni ...mówią między sobą w jednym języku. O ile filmowy angielski mógłby np. symbolizować łacinę i niechby sobie Rzymianie po angielsku rozmawiali, o tyle w rozmowie Artura z wodzem Sasów mógłby już towarzyszyć tłumacz. Bez takiego drobiazgu cała historia nabiera jeszcze większej umowności i ostatecznie rozwiewa nadzieje widza na "zgodność historyczną" O samej fabule powiedzieć należy jeszcze tyle, ze Ginewra nie przypadkiem trafiła najpierw w ręce a potem do łóżka Artura. Ma wobec niego plany poważniejsze niż tylko seksualne wykorzystanie wojaka ale na tym już psucia zabawy potencjalnym widzom wystarczy.
Zakładam, że w tym miejscu wielu z was zastanawia się czy warto iść do kina na KRÓLA ARTURA. Zaskoczę was być może po tych narzekaniach ale ...naprawdę warto! Film ma dostatecznie dużo walorów by obronić się jako rozrywka na letni wieczór. Główny z nich zawdzięcza operatorowi, czyli naszemu rodakowi - Sławomirowi Idziakowi, autorowi zdjęć m.in. do HELIKOPTERA W OGNIU. Sfilmowana przez niego historia Artura swą niebiesko-szarą tonacją przywodzi na myśl pierwsze sceny GLADIATORA. Brytania (którą zresztą udawała Irlandia, gdzie kręcono zdjęcia plenerowe) jest mokra i ponura i nie trudno zrozumieć tęsknotę Sarmatów za ojczyzną. Natomiast gdy spada śnieg na ekranie robi się po prostu pięknie. Swoją drogą, skoro o śniegu mowa, to z Ginewry twarda piktyjska dziewucha, bo bez względu na warunki atmosferyczne paraduje w skąpych strojach podkreślających jej szczupłe aczkolwiek nienaganne kształty. Budżet filmu nie był szczególnie imponujący (90 mln dolarów, nic nadzwyczajnego w dzisiejszych czasach) co paradoksalnie wyszło mu na dobre. Przede wszystkim przez ekran nie przelewają się tysiące wygenerowanych przez komputer, pokazywanych w szerokim planie ludzików. Wszystko załatwiono w tradycyjny sposób czyli z użyciem statystów. Pomimo tego, a może raczej właśnie dzięki temu, film jest widowiskowy i wiarygodny w scenach batalistycznych. Scena potyczki na zamarzniętym jeziorze chyba każdemu zapadnie na długo w pamięć. Widać, że całość zrealizował specjalista od kina akcji, bo fabuła przeskakuje od jednej dynamicznej sceny do drugiej. Nie ma nastrojowych ujęć, nie ma zamyślonych bohaterów i nawet dialogi są krótkie i jakby przycinane siekierą. W efekcie dwugodzinny seans mija tak jakby trwał godzinę i na pewno nikomu nie zdarzy się ziewnąć. Zwłaszcza, że Sarmaci, a głównie jowialny Bors co rusz przyjaźnie (lecz wcale nie delikatnie) z siebie żartują i momentami można się nawet pośmiać. Od strony realizacyjnej razić może jedynie „sterylność” walk. Trup pada gęsto, miecze tną łby i kończyny a krwi jakoś nie widać, chyba że na ostrzach. Za produkcją stoi jednak koncern Disneya, do którego należy odpowiedzialne za film studio Touchstone Pictures. Poza tym film nie miałby szans w kinach w wakacje bez odpowiednio niskiej kategorii wiekowej.

Wstrętni Sasi! Oddajcie mi moje piersi!


Obsada to w większości aktorzy europejscy, na dodatek poza Keirą Knightley grającą Ginewrę raczej mało znani. Zapewne o takim rozwiązaniu zadecydowała chęć zaoszczędzenia na gażach dla gwiazd, chociaż podobnie jak brak nachalnych efektów komputerowych także i to działa na korzyść obrazu. W tego typu historiach mniej „opatrzeni” aktorzy wypadają wiarygodniej, co przyzna każdy kto widział narcystycznego, nie mogącego odnaleźć się w swojej roli Brada Pitta w TROJI. Skoro już przywołałem ten film – mimo, że KRÓL ARTUR jest ponad dwa razy tańszy i ma mniejsze ambicje niż niedawny „gigant” Wolfganga Petersena to i tak dostarcza większej rozrywki i sprawia wrażenie sprawniej zrealizowanego. Wracając do aktorów to ich głównym zadaniem na ekranie jest w zasadzie jedynie „klimatycznie” wyglądać bo dialogów scenarzysta przewidział dla nich dramatycznie mało. Rozgaduje się jedynie Artur (Clive Owen), ale wygłasza takie farmazony o wolności i równości, że widz cieszy się w każdym momencie gdy przestaje ględzić i sięga wreszcie po miecz. Ciekawie wypada Szwed Stellan Skarsgard, grający wodza Sasów. Rola brutala z germańskiej puszczy to spora odmiana po licznych występach w ambitnych filmach. Występ w KRÓLU ARTURZE może również dobrze przysłużyć się karierze wspominanego przeze mnie już wcześniej Raya Winstona, grającego Borsa. Chłop szarżuje aż miło popatrzeć, gra z przymrużeniem oka i wypada dzięki temu znakomicie.

Celtyckie dziewczyny nie lubią saskich chłopaków


Oglądając KRÓLA ARTURA nie dostajemy do końca tego co obiecywali twórcy, ale mimo to możemy się dobrze bawić. Panowie Antoine Fuqua i Jerry Bruckheimer podjęli chyba słuszną decyzję rezygnując z większości klasycznych wątków arturiańskich i oferując widzowi zupełnie nową historię. Tym samym mogli zrealizować dobry film przygodowy nie narażając się na porównania z EXCALIBUREM. Z takiego pojedynku KRÓL ARTUR nie mógłby wyjść zwycięsko gdyby próbował iść śladem narzuconym przez wielkiego poprzednika. Zamiast magii i artyzmu mamy sprawne, nowoczesne widowisko, niezbyt ambitne ale i na pewno dalekie od porażki czy rozczarowania.
Recenzentowi SS-NG nie wypada na zakończenie nie wspomnieć o tym, że developer Krome Studios wraz z Konami przygotowują grę na licencji KRÓLA ARTURA, będącą klasyczną siekaniną TPP. Zapowiada się całkiem nieźle, od listopada będą się nią mogli bawić posiadacze konsol. dobry adwokat rozwod lodz


 Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   90