Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   62
     

Wacław "DRIZIT" Beck


Zwykły wakacyjny dzień. Na dworze świeciło słońce. Śpiewały ptaszki. Mieszkańcy wesoło baraszkowali sobie na ulicach. Nic nie zapowiadało tragedii. Dopiero we wczesnych godzinach popołudniowych, cały los ludzkości stanął pod znakiem zapytania. Oto na dworzec wjechał pociąg relacji Warszawa – Łódź Fabryczna, a z wagonu wytoczyły się osoby, dzierżące w ręku czerwony banner. Łódź zadrżała.



Wsiąść do pociągu… byłe czerwonego
Jednak zanim ów tajemniczy pociąg dostał się na stację, niczego nieświadomi podróżni, przechadzając się korytarzem wagonu, mogli zaobserwować dziwną scenę. Otóż w jednym z przedziałów siedziała piątka osób. Może nic by nie było w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że na oknie rozwiesili ogromny czerwony banner mówiący jednoznacznie – ŁODZI SS-NG nadchodzi.
Nic więc dziwnego, że cała ekipa w składzie: Gregorious, Iwan, Sashh, AsCoT, Gonzo i Drizit, była mijana przez przechodniów w dosyć dziwny sposób. Otóż, każdy, który przechodził koło nas, gdy zobaczył baner odwracał głowę (udając, że nie widzi) i nagle przyspieszał kroku. Nawet pan sprzedający z seksownym wózeczkiem ciasteczka i kawę delikatnie mówiąc nas olał, a tak przyspieszył, że o mało co nie musieliśmy go zdrapywać ze ściany wagonu. Jedno jest pewne - wiele osób zapamięta tą przejażdżkę do końca życia :D .
Zaraz po przyjeździe do Łodzi (tak, do Łodzi, a nie do Sopotu – brawa dla organizatorów ;] ), nie zważając na przeciwności losu udaliśmy się na autobus i już chwilę później, z bananami na ustach podążaliśmy w kierunku recepcji naszego przecudownego, wybranego spośród milionów Campingu ;].

Dobrego złe początki. Albo na odwrót?


Sztuka planowania według SS-NG, czyli dramat w trzech aktach
W oczekiwaniu na resztę ekipy postanowiliśmy już rozbić się na z góry upatrzonych pozycjach. Niestety okazało się, że ceny w owym ośrodku są delikatnie mówiąc trochę wyższe od tych które przewidywaliśmy i zmuszeni do myślenia, a co gorsze liczenia, rozpoczęliśmy kalkulację. Po burzliwej dyskusji doszliśmy do wniosku, że rozbijamy namiot, sztuk jeden, a potem się zobaczy…no i się zobaczyło :P Zaraz po postawieniu namiastki naszego obozu, doszliśmy do wniosku, że nie będziemy przepłacać i wbijamy się w 10 osób do jednego 4-osobowego domku. Po przeforsowaniu pomysłu u szefa campingu, który najpierw się delikatnie zdziwił, a potem uznał, że jak chcemy to możemy tam nawet spać w trzydziestu, zwinęliśmy nasz namiot (jak był rozbity 5 minut to dużo ;P). Zaczęło się oczekiwanie na domek, które według przewidywań miało trwać maksimum dwie godziny… Po pięciu godzinach czekania na betonie przed recepcja, otrzymaliśmy upragnione klucze do upragnionego domku. Zanim jednak to nastąpiło za sprawą AsCoTa (gitarka elektryczna) i Iwana (Piecyk, nie mylić z Pecetem) urządziliśmy sobie małą imprezę plenerową. Pograć miał okazję każdy z ekipy, więc nawet ja, mimo tego, że nigdy nie grałem - postanowiłem pokazać co potrafię. Uczestniczy koncertu nadal są w szoku. Nie mniej jednak chłopaki pokazali, że potrafią grać. Było Super…ale to dopiero początek.
Tuż przed zdobyciem domku przybył na miejsce martin i Carnage, a trochę wcześniej Veeroos.

Zrezygnowana redakcja w oczekiwaniu na domek


Ile osób zmieści się do budki telefonicznej?
Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że dziesięć osób, tyleż samo torb i plecaków, karimat, śpiworów, oraz 5 namiotów (sic!) mieści się do czteroosobowego domku w sam raz. Sprawdziliśmy na własnej skórze i spieszymy poinformować Was (oraz właścicieli campingu), że i tak było nam bardzo wygodnie. :]
Każdy zajął sobie swój kawałek podłogi (bardzooo lubimy podłogę ;>) i zabraliśmy się do świętowania. Jako, że pi..cia było dosyć, nie zważając na ciężkie warunki atmosferyczne (upał był, nie?:P) i na to, że do ekipy nie dołączył jeszcze ostatni członek :> - Markinson (z którego autokorekta w Wordzie robi ciągle "Parkinson"), zaczęliśmy debatować. W wieczór ten nikt nie ucierpiał, nic nie spłonęło, tak więc …

Kururykuuuuuuuuuu…
Przejdźmy dalej. Następnego dnia, zaraz po przebudzeniu postanowiliśmy wybrać się na plażę. Tak na tą samą plażę, na której rok wcześniej spotkaliśmy Dagmarkę – naszą słynną kobietę z ankiety YEAR 2003. Pełni nadzieji, że i w tym roku dane nam będzie ją zobaczyć udaliśmy się z bannerem na plecach w miejsce zbrodni. Oczywiście, tak jak normalni obywatele, chodzący watachami i z barwami firmowymi wielkości małej krowy, wtoczyliśmy się na plaże, tym samym nie wzbudziliśmy większych emocji wśród odpoczywających tam osób. Po chwili byczenia się, oraz taplania przez niektóre osobniki z redakcji w akwenie wodnym o wilgotności 100%, postanowiliśmy zamocować na barierce, na drugim brzegu jeziora nasz banner. Jako, że już wcześniej dla sprawdzenia terenu pokonaliśmy tę trudną do przebycia bez specjalistycznych narzędzi drogę, bez obaw wyruszyliśmy.

Iwan - "Dzierżyciel banera" w akcji


Nikt się jednak nie spodziewał, że niczym żołnierz z podniesionym nad woda karabinem, Markinson przemierzy całe jezioro, przechodząc…po dnie. Operacja zakończyła się sukcesem i chwilę później nasze barwy upiększyły akwen. Baner mógłby tam wisieć i cały dzień, gdyby nie fakt, że nie mógł wisieć, ponieważ musiał iść z nami :p A dlaczego? Bo postanowiliśmy urządzić sobie pierwszy redakcyjny pojedynek w jakiegoś FPP’a. Po udaniu się do domku i przygotowaniu do podróży, wyruszyliśmy do I-cafe przez sklep (przecz żreć coś musi ;P).

Ten domek jest nasz i wypad!


Redakcja SS-NG na zakupach…
Może i darowałbym Wam czytanie tego punktu, ale nie da się, po prostu się nie da nie powiedzieć o naszych zakupach.
Zaraz po wtargnięciu do Galerii Łódzkiej, a w niej do Tesc(O) zaczęło się. Jako że AsCoT bardzo chciał sfotografować redakcję SS-NG kupującą pieczywo, zaczęła się mała sesja zdjęciowa.
Może i cały fakt przeszedłby bez echa, gdyby ktoś z ekipy nie postanowił sobie zrobić zbiorowego zdjęcia z bannerem...w środku korytarza. Jako, że to dało się jeszcze znieść, chociaż było to zapewne niecodzienne zjawisko, tak zaraz ktoś (nie pamiętam kto, ale gorąco pozdrawiam ;P) zauważył maskotkę tygrysa z Cheetosa (w skali człowieka), stojącego sobie bezczynnie koło regału i postanowił go zatrudnić.
-Powiedzcie "ochrona"!!!
- Ochrona!!!!!!


Bez chwili pomyślunku – jak mniemam – po małym naruszeniu dekoracji, tygrysek został ustawiony w szeregu wraz z redaktorami dzierżącymi banner. Potem były małe kłopoty z ochrona, grunt jednak, że uwierzyli, że to nie myśmy pstrykali fotki :P, a pamiątkowe zdjęcie z tygryskiem możecie podziwiać gdzieś obok.

Pojedynek
Po opuszczeniu sklepu i pooglądaniu fotek udaliśmy się do kafejki. Po wyłuskaniu stanowisk rozpoczął się pierwszy redakcyjny pojedynek w CS’a. Zabawa była dosyć długa i miodna, ja dostawiałem co chwilę kulkę, Veeroos namiętnie siedział na dachu i campował, a reszta ekipy równie dobrze się bawiąc pakowała do siebie ołowiem. Cała zabawa wyglądała dosyć normalnie, aż ktoś nie zmienił sobie xywki. Normalne, prawda? Tylko, że od tamtego momentu zaczęła się istna wojna na zmianę xywek. Często kosztem tego co się dzieje na ekranie, wszyscy zaczęli masowo zmieniać xywy i to na tak kretyńskie, że do teraz trudno mi o tym zapomnieć. Na początek nastąpiła seria xyw z rodziny „Drizitowatej”: Driz, DRIZIT, Drizio, Drizi Oryginal itd. Trwało do momentu kiedy komuś znudziły się komentarze w stylu: Drizio został zabity przez Jedynego Prawdziweo Drizita. Gdy już się nade mną poznęcali, w ruch poszły „sałatki z #$$” , „piszę wstępniaki do rewoltera”, „dosia”, itd.

Tak spędzaliśmy 2/3 zlotu


Muszę przyznać że nasza redakcja ma naprawdę bujną wyobraźnie – marnują się chłopaki.
Po rozgrywce całe stado obładowane zakupami i poubierane w czapeczki z Heinekena udało się do domku.

Nocne Polaków rozmowy
Noc była upojna. Dyskusje jak to w naszej redakcji bywa były, co najmniej tak bezsensowne jak same xywki w CS’ie, nie mniej jednak bawiliśmy się super. Tyle wiadomości oficjalnej ;)
Nie będę dalej opisywał, bo tak jak i zeszłej nocy, każdy spał z każdym, co mimo tego że może wydawać się przyjemne, takie nie było :P. Oczywiście przed snem leciały hasła w stylu „ Driz, wstawaj, trzeba zina składać” , ale to już normalka.

Mniej więcej tak wyglądały nasze legowiska


„Martin ma łyżeczkę i swój własny świat…”
Na drugi dzień, naszym celem znów stała się plaża. Tym razem nie tylko wypoczywaliśmy, ale także zmusiliśmy się do pracy i rozmów na temat magazynu. Zmusiliśmy się wcale nie dlatego, że mieliśmy go po roku ciężkiej pracy dosyć (ależ skąd :P), po prostu odpoczynek był na tyle przyjemny, że i pracować się nie chciało. Cały dzień, wieczór i noc minęły pod znakiem zabawy. Jak to na redakcję SS-NG przystało, przebijał się na rozmowach czasem duch Secret Service (chociaż może nie wszyscy są w stanie to pamiętać :P). O czym tam debatowaliśmy nie sposób powtórzyć. Niech za przykład posłużą wam: MP-3 i filmik Myślę że komentarz nie jest konieczny ;]

Banner na wakacjach...


To by było na tyle. Następnego dnia musieliśmy już się zbierać. Ominę ten smutny punkt opowieści. Cały zlot chociaż całkiem inny niż poprzedni był bardzo udany. Co prawda trochę kulała organizacja, ale wszystkim się bardzo podobało. Jak na dobre spotkanie redakcyjne po ciężkim roku pracy przystaje, nie zrobiliśmy praktycznie nic, co nie zmienia faktu że czas ten nie był zmarnowany.

Pamiątkowe zdjęcie


Następne spotkanie planujemy zrobić za rok na Mazurach. Takie są plany, a czy wylądujemy w Żywcu, Poznaniu czy Krakowie, to już naprawdę nie zależy od nas :P

Tak, jesteśmy normalni...





 Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   62